Parowozownia Kłodzko. 2018 r.

Była zima przełomu 2017 i 2018 roku. Wtedy właśnie wpadła mi w oczy informacja o parowozowni Kłodzko Główne (niem. Hauptbahnhof Glatz). Znalazłem ją na stronie jednej z grup na Facebook’u, traktującej o miejscach i zabytkach Dolnego Śląska. Mimo tego, że zawierała całkiem okazały opis i kilka zdjęć, stała się „zajawką” pomysłu odwiedzenia tego miejsca już w czerwcu przy okazji obowiązkowego, corocznego pobytu w Dolonośląskiem. Zbadałem dojazd, lokalizację i wpisałem ją na listę miejsc do odwiedzenia. 

Dolny Śląsk to region Polski na którego terenie można spotkać chyba najbardziej malownicze budowle infrastruktury kolejowej. Stacje, tunele, wiadukty i konstrukcje o charakterze pomocniczym takie jak np. wspomniana parowozownia. Wszystko ma swój niepowtarzalny urok, historię, bez względu na stan w jakim się obecnie znajduje. Dotarłem do informacji, w której podaje się, że w 2003 roku w województwie Dolnośląskim na 100 km² powierzchni przypadało 9,0 km linii kolejowej, dla porównania w województwie podlaskim – 3,4 km, podobnie w województwie mazowieckim. Gęsta sieć połączeń kolejowych tego regionu wynika z historii zapewnienia możliwości sprawnego wywozu węgla z kopalni, a nie jak mogą uważać niektórzy z wzmożonego ruchu pasażerskiego. Początki kolei na obszarze dzisiejszego Dolnego Śląska datowane są na pierwsze lata XIX wieku, a pierwsza linia kolejowa została otwarta 22 maja 1842 roku i Łączyła Wrocław (niem. Breslau) z Oławą (niem. Ohlau).

Nadszedł czerwiec. Jesteśmy kolejny raz w Sokolcu. Pogoda wspaniała! Włoskie niebo, prawie bezchmurne, ciepło, wręcz upalnie. Dzień wycieczki do Kłodzka właśnie się zaczynał. Sprzęt zapakowany na pokład samochodu – ruszamy. Najpierw w kierunku na Nową Rudę, a potem na Kłodzko drogą 381. Po drodze jeszcze tylko poranna kawa na stacji benzynowej. Jazda to niewiele ponad pół godziny. Zbliżamy się do punktu docelowego. Widać już Twierdzę Kłodzko i wspaniałe kamienice poniżej, ale to nie one są „na tapecie”. Nie dziś.

Pojawiają się zabudowania dworca głównego w Kłodzku. Ekscytacja i niepewność co zastaniemy rosną. Zaparkowaliśmy auto tuż obok ceglanych murów parowozowni. Pytanie rodzące się w naszych głowach – jak tam wejdziemy, czy w ogóle będzie można coś wewnątrz zobaczyć, czy nikt nas stamtąd nie przegoni? Poszedłem na zwiad. W ręku gimbal z aparatem, na plecach plecak z akcesoriami. Parowozownia stoi na lekkim wzniesieniu w stosunku do drogi na której zostawiliśmy samochód. Trzeba się trochę wdrapać. Rozejrzałem się i krzyczę do ojca, który idzie kilka metrów za mną – jest dziura w ścianie, wydaje się że nikogo nie ma, wchodzimy!

Najpierw po cichu, upewniając się czy jesteśmy sami. Byliśmy we wnętrzu tylko we dwóch. Uff, nikogo nie ma.  Zaczynamy zwiedzanie. Od wejścia widać, że z dawnej parowozowni została już tylko ruina. Przez dziurawy dach, malowniczo wpadają promienie słońca. Dobrze, że ocalał bo chroni od piekła, które leje się z nieba. Kanały na których naprawiano wcześniej parowozy, teraz całkowicie ogołocone z szyn, zostały jedynie skrzydła bram wjazdowych, powoli do środka wdziera się roślinność. W oknach wytłuczone szyby, wszędzie na ścianach widoczne graffiti. Smutny to obraz.

Tyle zostało ze zbudowanej w 1874 r. parowozowni w Kłodzku. Stan z czerwca 2018 r.

Nikomu chyba nie zależy żeby zachować od śmierci i zapomnienia ten wspaniały kiedyś wytwór ludzkich rąk i myśli konstrukcyjnej. Widać jak na dłoni stalową, nitowaną konstrukcję słupów i dachu, która w niezłej kondycji wciąż wytrzymuje te niespełna 160 lat swojego żywota. Przed budynkiem zarośnięta krzakami i trawą obrotnica, ze zdewastowaną, centralnie umieszczoną budką dla pracownika obsługi. Ciut dalej stoi żuraw wodny, który zaopatrywał w wodę przygotowujące się do trasy parowozy.

Obraz postapokaliptyczny jak z filmu Mad Max. To miejsce niedługo umrze śmiercią naturalną, albo pomogą jej w tym buldożery burzące to co jeszcze zostało. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym by je odrestaurować. Udostępnić do zwiedzania tak jak stało się choćby w Jaworzynie Śląskiej, gdzie znajduje się muzeum kolejnictwa. Może jeszcze nie jest za późno…

Mysłakowice

Przykładem z tej samej beczki zaniedbań i braku troski jest dworzec kolejowy w Mysłakowicach (niem. Erdmannsdorf) w okolicy Jeleniej Góry. Budynek dworca, wiata peronowa, dwa perony, przejście podziemne pod nimi, magazyn stacyjny, semafory zostały oddane do użytku w czerwcu 1895 roku.

Dworzec funkcjonował nieprzerwanie do 2000 roku. Wtedy odjechał w stronę Karpacza ostani rozkładowy pociąg. Od tego czasu postępuje jego stopniowa i skuteczna degradacja. Wiata i budynki wciąż stoją, przejście podziemne zalane wodą. Zdjęcia pokazują stan z 2017 roku. Nie wiem, pisząc te słowa, czy wiata jeszcze trwa? Ufam, że tak…

Przejście podziemne pod peronami dworca. Mysłakowice 2017 r.

Mam też nadzieję, że w końcu przyjdzie taki moment, kiedy władze regionu uświadomią sobie fakt, że inwestycja w historię, również tę spod znaku semafora ma sens. Może przyczynić się, po pierwsze, do ocalenia takich perełek ukrytych w krajobrazie Dolnego Śląska, a po drugie, do zwiększenia ruchu turystycznego na tych terenach, i w konsekwencji większych przychodów z turystyki. Mam wciąż nadzieję…