Przygoda z Dolnym Śląskiem zaczęła się niewinnie, tak jak zwykle bywa – przypadkowo. Któregoś dnia, 15 lat temu, pożyczyłem od ojca książkę. Obszernie i w ciekawy sposób traktowała o przedwojennej i wojennej historii tego regionu. Czytałem w niej o teoriach i zagadkach związanych z przeznaczeniem budowli, których mnóstwo na tych terenach, o podziemnych dworcach, tunelach kolejowych, sztolniach, bunkrach, skrytkach uciekających z tych terenów tuż po wojnie Niemców, o werwolfie pilnującym tajemnic. O historii miast, miasteczek i wsi. O ich przedwojennym nazewnictwie i mieszkańcach. „Połknąłem” ją momentalnie i chciałem więcej. Na półce stały kolejne i kolejne. Były podobnie uzależniające.

Któregoś dnia, co w sumie teraz wydaje mi się błogosławieństwem, uświadomiłem sobie, że przecież nie czytam o terenach na Antarktydzie czy Antypodach, tylko miejscach oddalonych ode mnie raptem o 400-500 kilometrów. Postanowiłem zatem wybrać się tam na rekonesans. Na żywo zobaczyć, dotknąć, poczuć atmosferę tych miejsc z bliska. Moim przewodnikiem były książki. Szczegółowo opisywały, a zdjęcia pokazywały konkretne miejsca.

Zatankowałem samochód i pojechałem

Kończyła się zima. Wyjazd zaplanowałem na wiosnę 2004 roku. Zaopatrzyłem się jedynie w odpowiednie buty i niewielką latarkę. Zatankowałem samochód i ruszyłem w drogę. O autostradzie do Wrocławia nikt nawet wtedy nie marzył. Z niezwykłym podnieceniem i ciekawością dotarłem po 7 godzinach jazdy do Wałbrzycha, dalej przez Kamienną Górę trafiłem do Krzeszowa. Tam w znalezionym wcześniej w domu pensjonacie zatrzymałem się na najbliższych kilka dni. Wiosną dzień nie jest jeszcze tak długi jak latem, dlatego wstawałem wcześnie rano. Jeździłem, chodziłem, oglądałem, fotografowałem. Chłonąłem na żywo to wszystko o czym czytałem. Im więcej widziałem, tym większego doświadczałem poczucia, że oprócz artefaktów o militarnym i przemysłowym charakterze zaczyna mi się tu zwyczajnie podobać. Okolica, krajobrazy, architektura, kręte i wąskie drogi, przyroda, po prostu klimat tego regionu.

„Liznąłem” przez tych kilka dni Antonówkę, Ludwikowice Kłodzkie, sztolnie: Gontowa, Osówka, Walim, Rzeczka i Włodarz, na liście znalazł się też Zamek Książ. Czas pobytu kurczył się zastraszająco szybko, ale wiedziałem, że nie będzie to dla mnie zamknięty rozdział, że jeszcze tu wrócę. Naładowany emocjami wróciłem do domu.

Było nas już dwóch

Podzieliłem się tym wszystkim z ojcem, pokazałem zdjęcia. Chciałem jak najwierniej przekazać informacje i spostrzeżenia z tego badawczo-poznawczego wypadu. Wiedziałem, że tam jeszcze wrócę. I tak się stało… kilka lat później, w 2007 roku! Z tą jednak różnicą, że było nas już dwóch.

Na szczycie Śnieżki, Karkonosze. 2017 r.

Od tamtej pory nie ma roku bez wyjazdu na Dolny Śląsk, bez zakupów kolejnego potrzebnego sprzętu. A ponieważ miejsc, które chcieliśmy zobaczyć przybywało, to i potrzeby sprzętowe rosły. W naszym ekwipunku pojawiły się solidne latarki, kaski, skuteczne lampy czołówki, wodery, ponton, drabinka linowa, mierniki promieniowania, krótkofalówki, kamera, dron i odpowiedni samochód, którym wreszcie możemy dojechać praktycznie wszędzie gdzie chcemy.

Kiedy piszę te słowa jest styczeń 2019 r., a więc nasza wspólna przygoda z Dolnym Śląskiem, jego górkami i dołkami trwa już nieprzerwanie 12 lat. Szmat czasu, mnóstwo wspomnień, zdjęć i filmów. Wielokrotnie wracając z gór do domu dochodziliśmy do przekonania, że to już koniec, że widzieliśmy już wszystko co chcieliśmy. Jesień i zima dostarczały jednak nowych informacji o kolejnych miejscach, które warto zobaczyć. I tak znowu przychodził maj lub czerwiec, a my spotykaliśmy się w samochodzie jadąc drogą w kierunku Wrocławia.

Ten blog to miejsce gdzie za darmo i bez kolejki można poznać ciekawostki z miejsc które widzieliśmy, zobaczyć zdjęcia i filmy z naszych wypraw. To miejsce dla tych, którzy wiedzą o co chodzi z tym Dolnym Śląskiem, ale także dla tych, których ta niewątpliwa przyjemność do tej pory omijała.

Zapraszam,
Michał M. Janicki