Kompleks Arado, Kamienna Góra

Tym razem postanowiliśmy z bliska przyjrzeć się Kamiennej Górze, a dokładniej, górze parkowej znajdującej się w centrum miasta. Przed i w trakcie wojny władze niemieckie często decydowały się na drążenie sztolni i schronów w masywach gór znajdujących się w centrum miast. Chodziło o bezpieczeństwo cywilów podczas ewentualnych nalotów lotnictwa alianckiego. Kamienna Góra nie jest tu wyjątkiem. Podobna sytuacja ma miejsce choćby w oddalonym o 25 km od niej, Wałbrzychu. 

Kamienna Góra, miasto położone na drodze między Wałbrzychem, a Jelenią Górą. Przed II wojną światową i do momentu wkroczenia 21 Armii 1 Frontu Ukraińskiego Armii Czerwonej nosiło nazwę Landeshut. Bezpośrednio po wojnie, polska administracja tych terenów początkowo używała nazwy Kamieniogóra, natomiast dzisiejszą nazwę oficjalnie przyjęto 7 maja 1946 roku. 

Wjechaliśmy do miasta od strony Wałbrzycha. Kręta droga prowadziła w dół do centrum. Szukamy niedawno otwartego i udostępnionego dla turystów kompleksu o nazwie „Arado”. Coraz więcej tego typu atrakcji powstaje na tych terenach i jest udostępnionych do zwiedzania. W samej Kamiennej Górze wiadomo o blisko dziesięciu podziemnych obiektach zlokalizowanych w różnych częściach miasta. Większość tamtejszych sztolni jest albo niedokończonych i bardzo płytkich, albo niedostępnych dla turystów ze względów bezpieczeństwa. Kompleks, który odwiedziliśmy wziął swoją nazwę od firmy, słynnej z budowy rewolucyjnych na owe czasy samolotów wojskowych, której biuro projektowe mieściło się w byłych budynkach fabryki włókienniczej w Kamiennej Górze. Najbardziej znanymi samolotami produkowanymi przez Arado były: odrzutowy Arado 234 Błyskawica i samolot skrzydło Arado 555.

Zaparkowaliśmy samochód nieopodal wejścia i zbliżamy się do betonowych, świeżo oddanych zabudowań naziemnych w których mieści się kasa. Zaraz za nią wejście do podziemi, gdzie surowy beton ze śladami szalunków wprowadza w odpowiedni klimat miejsca. Jest duża, czarna brama, a nad nią napis: „Arado – Flugzeugwerke GmbH.” Chwilę czekania i bramę od środka otwiera przewodnik, ubrany w drelich ówczesnego robotnika. Trzymając klucz francuski w ręku, zaczyna oprowadzać i opowiadać o prawdopodobnej historii tego miejsca. Nastrój tajemniczości potęguje odpowiednio zestrojone oświetlenie korytarzy. Jest fajnie. Po niespełna 40 minutach zwiedzania, wychodzimy na zewnątrz. Kompleks był drążony w masywie góry parkowej. Postanowiliśmy jeszcze trochę pokręcić się po jej zboczach i „obwąchać” dokładniej okolicę. Niedaleko, może kilka minut jazdy autem, trafiamy na coś co wygląda jak wejście do podziemi. Miejsce dość dziwne, bo wokół same współczesne domy jednorodzinne. Jest jakiś dysonans. No coż, mimo wszystko warto się ruszyć z samochodu i sprawdzić z bliska. Po dojściu do ceglanej, łukowatej obudowy widać wyraźnie, że to faktycznie wejście do sztolni. Drugie podejście, tym razem ze sprzętem oświetleniowym i kaskami owocuje już spacerem ze skałami nad głową. Prosty, kilkudziesięciometrowy korytarz kończy się przodkiem. Tuż obok niego zauważamy rozwidlenie i kolejny tym razem krótszy korytarz biegnie w lewo. Rozkładamy sprzęt w rozwidleniu i zaczynamy dokumentować to co zastaliśmy wewnątrz. Mimo tego, że jesteśmy świeżo po zwiedzaniu dość obszernego kompleksu, a sztolnia w której jesteśmy jest zdecydowanie krótsza, to jednak brak przewodnika, oświetlenia i dekoracji, stawia tę drugą na pierwszym miejscu podium w kwestii doznań. Surowa, niewykończona skała, cisza i ciemność budzi wyobraźnię i skutecznie podnosi poziom adrenaliny. Czasem nieplanowane odkrycie i eksploracja staje się hitem dnia, a opłacone w kasie, ucywilizowane zwiedzanie, zdecydowanie przy nim blednie. Super, że są jeszcze takie miejsca! 

Jakby tego było mało, Kamienna zaoferowała nam jeszcze jedną atrakcję. Schron przeciwlotniczy i tuż obok niego usytuowany stary, obecnie nieużywany, wiadukt kolejowy. Po przejechaniu niespełna kilometra, docieramy do miejsca w którym droga zbliża się do rzeki Bóbr. Widać przęsła wiaduktu. Stara, nitowana konstrukcja, częściowo zardzewiała jest naszym punktem orientacyjnym co do lokalizacji schronu dla ludności cywilnej zamieszkującej Kamienną Górę. Niestety, jak się okazało, schron miał zakratowane wszystkie wejścia, co skutecznie uniemożliwiło jego penetrację. Obeszliśmy wszystkie dostępne i musieliśmy się poddać. Wszędzie kraty. Po powrocie do domu oglądaliśmy jedynie film z wnętrza, nakręcony przez kogoś komu udało trafić się na moment, kiedy podziemia były dostępne. To oczywiście namiastka samodzielnej penetracji, ale zawsze coś. Przynajmniej wiemy co straciliśmy.

Na pocieszenie został wiadukt linii kolejowej nr 330. Wiekowe przęsła, podkłady i szyny wciąż leżą nad ulicą i płynącą wzdłuż niej rzeką Bóbr. Trasa kolejowa łączyła ze sobą między innymi Kamienną Górę i Krzeszów. Szkoda, że nikt już z niej nie korzysta. Solidna konstrukcja swoje czasy świetności za sprawą braku konserwacji ma już zdecydowanie za sobą. Mam nadzieję, że kolejna wizyta w Kamiennej Górze zaowocuję naszym ponownym spotkaniem.