Przed wejściem do sztolni nr 2. Gontowa, 2008 r.

Góra Gontowa i zlokalizowane w jej wnętrzu cztery sztolnie były jednymi z pierwszych miejsc które odwiedziliśmy w 2008 roku. Naszą bazą wypadową stał się wtedy przyjemny pensjonat w Sokolcu w Górach Sowich. Sztolnie były „rzut beretem” od naszej kwatery. Wtedy, 11 lat temu wjazd do lasu i poruszanie się leśną drogą w kierunku zbocza Gontowej w którym wydrążone są sztolnie był ogólnodostępny. Nie było znaków zakazu wjazdu, a i szlaban przy wjeździe do lasu był na ogół otwarty. Dopiero kilka lat później, kiedy ciekawostki tych terenów stały się bardziej popularne, i ludzi chcących je zobaczyć co roku przybywało, wjazd na Gontową, ale też w inne miejsca został ograniczony znakami zakazu i zamkniętymi szlabanami.

Przed wyjazdem sprawdziliśmy dojazd i lokalizację sztolni na mapie. Wyruszyliśmy ot tak, bez nastawiania się, że będzie nam dane je znaleźć, albo co więcej, wejść do ich wnętrza. Zaopatrzeni w latarki, kalosze i aparaty, jadąc zwykłym miejskim autem minęliśmy otwarty szlaban. Przemieszczając się powolutku pod górę już od początku widać było znaki czasu sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Przy drodze, która na pozór była zwykłym leśnym duktem rozmieszczone były dość często betonowe przepusty wodne. Zadawanie sobie trudu, żeby w tak pracochłonny, kosztowny i przede wszystkim trwały sposób dbać o stan i przejezdność zwykłej, leśnej drogi było jasną wskazówką, że byliśmy we właściwym miejscu. Po drodze, jak to w lesie, wiosenny śpiew ptaków, zapach igliwia, zdziwiony naszą obecnością zając przebiegający przed autem. Jechaliśmy powoli coraz wyżej. W pewnym momencie droga rozwidlała się. Wybraliśmy skręt w prawo. Do lewej odnogi mieliśmy wrócić wracając. Jadąc dalej, po zaledwie minucie lub dwóch, w odległości około 50 metrów od drogi zobaczyliśmy stos dziwnych, jak nam się wtedy wydawało kamieni, ułożonych jeden na drugim. Tworzyły coś w rodzaju krótkiego muru o regularnych kształtach. Zatrzymałem samochód i poszliśmy w ich kierunku. Na miejscu okazało się, że to stos skamieniałego cementu. Leżące kilka dekad worki z cementem całkowicie skamieniały. Po papierze w który były zapakowane nie było już śladu. To kolejna cenna poszlaka. Byliśmy już blisko. Przecież pryzmy z workami cementu nie mogą być w lesie przypadkowo i z pewnością nie mogą być daleko od miejsca w którym były wykorzystywane. 

Okay Tato, wracamy do samochodu, to już pewnie gdzieś niedaleko

Wsiedliśmy do samochodu i powolutku, przyglądając się wnikliwie podnóżu góry jechaliśmy dalej. Po stu, może dwustu metrach pojawiło się wejście do sztolni. Wysokie na dwa i szerokie na około trzy metry, wypełnione kruczoczarnym mrokiem. Było może dwadzieścia metrów od drogi. A ponieważ była wiosna, kwiecień, to roślinność nie zdążyła jeszcze skutecznie go „zamaskować”. 

Wejście było niezabezpieczone. Nie było krat, które teraz bronią dostępu, nie było informacji o zimujących wewnątrz nietoperzach. Nic. Wnętrze góry stało dla nas otworem. Krótka chwila przygotowań, i byliśmy we wnętrzu. Jak się okazało po wstępnych oględzinach pierwszych kilkunastu metrów sztolni, kalosze nie były potrzebne. Spąg czyli dolna powierzchnia wyrobiska był całkowicie suchy. Latarki zaświeciły, kaski przykryły głowy. Ekscytacja, strach przed nieznanym, całkowita ciemność, świadomość kilkudziesięciu metrów skały nad naszymi głowami działała na wyobraźnię. Około pięćdziesiąt metrów od wejścia pojawił się naszym oczom, zawał. Pierwotnie myśleliśmy, że to koniec wycieczki. Ale okazało się, że fragmenty skał które odpadły od stropu nie przesłoniły całkowicie światła sztolni i można było przejść dalej. Za zawałem kolejna niespodzianka – woda. Przesączająca się między skałami i nie mająca ujścia wypełniła na wysokość około 10 cm dno sztolni. Ponieważ nie byliśmy tu pierwszymi „zwiedzającymi”, poprzednicy ułożyli coś w rodzaju pomostu z kamieni i drewnianych stempli. W ten sposób bez moczenia butów i groźby nalania się do nich lodowatej wody szliśmy dalej. 

Sztolnia wydrążona w skale piaskowca o malowniczym rdzawym odcieniu, z wzorem z jasnych przebarwień mocno już po tych przeszło sześćdziesięciu latach zwietrzałym, nie była i wciąż nie jest tak bezpieczna jak inne sztolnie drążone w gnejsie – skale zdecydowanie twardszej, starszej, odporniejszej na działanie czasu. To chyba jedna z niewielu sztolni, która została wykuta w tak nietrwałym materiale. Mimo tego wciąż trwa, nie zawaliła się. 

Idąc powoli dalej, doszliśmy do drugiego zawału, który również udało nam się minąć. Wreszcie dotarliśmy do miejsca gdzie pojawia się odnoga korytarza. Skręciliśmy w prawo, po kilku metrach koniec drogi – trzeci już w kolejności zawał. Wróciliśmy do głównego biegu sztolni i jak się okazało przed nami po kilkudziesięciu krokach pojawił się jeszcze jeden. W jego okolicy znaleźliśmy stare, zbutwiałe, drewniane stemple podtrzymujące kiedyś strop korytarza. Leżały poprzewracane, niektóre jeszcze stały. W każdym razie nie spełniały swojego pierwotnego zadania. Poziom erozji drewna spowodował, że nie stanowiły żadnej podpory dla ewentualnych odprysków skalnych.

Zrobiliśmy przed powrotem jeszcze kilka zdjęć, i zawróciliśmy do wyjścia albo wejścia, jak kto woli. Pod ziemią bez względu na porę roku, stale około 6 stopni Celsjusza. Na dworze tego dnia około 18-stu. Im bliżej światła, tym cieplej. Wzrost temperatury z każdym metrem był wyraźnie wyczuwalny. Wreszcie stanęliśmy pod błękitnym niebem. Koniec z grobową ciszą, przerywaną pluskiem kropel wody spadających ze stropu i rozbijających się o spąg, koniec z ciemnością, w której bez światła nie widać kompletnie nic. Nawet ręka wyciągnięta przed siebie ginęła w odchłani mroku. Sztolnia nr 2 bezpiecznie zaliczona. 

Kilkadziesiąt metrów dalej znaleźliśmy wejście do kolejnej. Funkcjonuje pod numerem 1. Wejście dużo mniejsze. Przede wszystkim dużo niższe od poprzedniego. Trzeba było kucać żeby zajrzeć do środka. Już od samego wejścia stała w niej woda. Dzięki latarkom łatwo było znaleźć przyczynę – zawał. Znajdował się dużo wcześniej niż ten w sztolni nr 2. Krótki odcinek do przejścia, woda, bardzo nisko strop – odpuściliśmy zwiedzanie. Wróciliśmy do samochodu i kierując się w stronę wspomnianego wcześniej rozwidlenia drogi, szukając sztolni nr 3. i 4., wymienialiśmy się spostrzeżeniami i wrażeniami z dopiero co zakończonego pobytu we wnętrzu góry.  

Dotarliśmy do rozwidlenia. Zatrzymaliśmy się. Wysiedliśmy z auta. Stan drogi nie był już tak dobry jak dojazd do „jedynki” i „dwójki”. Błoto, koleiny po kołach jakichś traktorów, zapewne maszyn służb leśnych. Nasz samochód nie miał szans się z nimi mierzyć. Zdecydowaliśmy się szukać pozostałych dwóch wejść na piechotę. Pierwsze co rzuciło się naszym oczom idąc w ich kierunku, to ogromny, wręcz monumentalny mur oporowy. Stał na zakręcie drogi, w miejscu gdzie ta jest szeroka. Zapewne po to by mijające się na łuku ciężarówki mogły swobodnie przejechać obok siebie bez ryzyka osunięcia się zbocza góry i wypadnięcia z drogi.

„Dobry znak” – pomyśleliśmy

Wejście do sztolni nr 3. którą napotkaliśmy, praktycznie u samego wejścia zawalone. Pozostała nadzieja, że z nr 4. będzie lepiej. Tylko gdzie ona jest? Okazało się potem, że była kilkaset metrów dalej. Co ciekawe sztolnie 3. i 4. były położone na innym poziomie niż sztolnie 1. i 2. (640 m n.p.m.). Niżej, o około 60 metrów. Po drodze znajdowaliśmy jakieś betonowe fundamenty, rozrzucone bezładnie betonowe sześciany. Doszliśmy w końcu do „czwórki”. Wejście wyglądem nie przypominało wejścia, które pamiętaliśmy ze sztolni nr 2. Było skośną szczeliną, z której powoli, niewielkim strumyczkiem wypływała woda. Sztolnia, okazała się być zalana. Wąskie niewygodne wejście, tradycyjny już jak w poprzednich sztolniach zawał skutecznie zniechęcił do eksploracji. 

Jak okazało się kilka lat później, nie wszyscy odpuszczają. Rozpoczęły się bowiem prace nad udrożnieniem wejścia i korytarza sztolni, usunięciem zalegających wewnątrz zawałów. Nakładem dużych środków, specjalistycznych maszyn i pracy wielu ludzi, próbowano dostać się głębiej. Swego czasu sprawa była dość głośna medialnie. Nie wiem czy udało się dokopać do nieodkrytych dotąd lub może nawet wykończonych pomieszczeń? Czy odkryto np. połączenie ze sztolniami 1 i 2? Sprawa ucichła… Dodam, że wszystkie dostępne i znane sztolnie w Gontowej są niewykończone. Czy zatem pryzmy z workami cementu to tylko przygotowanie do wykańczania chodników, pomieszczeń, hal? Czy może pryzmy to nadwyżka materiału pozostała po skończeniu prac, a przygotowane do użytku, wykończone podziemia, są nadal nieodkryte? Od 2007 roku w sprawie Gontowej nic się nie zmieniło, przynajmniej oficjalnie, wiedza na ten temat nie posunęła się do przodu. Wszystko jak kiedyś, pozostało w kwestii teorii, domysłów i hipotez.

Byliśmy tam w kolejnych latach jeszcze kilka razy i oprócz prac w sztolni nr 4. i krat, które pojawiły się w wejściach do nr 1 i 2 niewiele się zmieniło. Może kolejne lata przyniosą coś nowego?