Górki i Dołki Dolnego Śląska

Blog podróżniczy o Dolnym Śląsku

Wiszące tory w Jerzmanicach

Przejście przez wiadukt w Jerzmanicach, październik 2018 r.

Koniec października 2018. Aura jak na tę porę roku przystało, dość klasyczna. Siąpiący deszcz, temperatura w okolicach 12 stopni, najprościej rzecz ujmując – ohyda. Na szczęście jest trochę zieleni, która nie zdążyła jeszcze całkowicie zniknąć na kilka najbliższych miesięcy i dzięki niej mamy trochę koloru. Tego ponurego dnia wybraliśmy się zobaczyć z bliska „wiszące tory”. Licząc naiwnie na poprawę aury, wybraliśmy się w niespełna półtoragodzinną podróż do miejscowości Jerzmanice-Zdrój na Pogórzu Kaczawskim. To od Sokolca z którego wyruszyliśmy, jakieś 110 kilometrów. Może tam będzie lepsza pogoda?

Miejsce które nas interesuje znajduje się pomiędzy stacjami kolejowymi Jerzmanice Zdrój i Pielgrzymka, przy linii kolejowej nr 284 łączącej Złotoryję i Lwówek Śląski. Jazda przebiegła dość sprawnie mimo, że deszcz nie ustępował na całej trasie i nieustannie przysparzał pracy wycieraczkom. Dotarliśmy. Zaparkowaliśmy samochód tuż przy przejeździe kolejowym od którego do wiaduktu, gdzie znajdują się interesujące nas tory, jest niespełna trzysta metrów. Wciąż pada, dlatego kurtki przeciwdeszczowe, stały się po wyjściu z samochodu najważniejszym ekwipunkiem w naszej wędrówce do celu. Pogoda postawiła na swoim.

Tory wiszą od 2007 roku w wyniku podmycia przez wezbrane wody, przepływającej tuż obok nasypu kolejowego rzeki Kaczawy. Od tego czasu większość odcinków linii 284 jest nieczynna. Co jakiś czas pojawiają się pomysły przywrócenia ruchu kolejowego na tej trasie, jednak najczęściej w ich realizacji przeszkodę stanowi brak środków na naprawę podmytych i uszkodzonych siłami natury miejsc. 

Idąc dość szybkim krokiem, już po kilku minutach, stajemy przed stalowymi przęsłami wiaduktu. Żeby dostać się do miejsca, gdzie tory znajdują się nad ziemią, trzeba iść po nim jakieś 100 metrów. W suchy, bezdeszczowy dzień nie byłoby to zbyt trudne, pomimo, że stąpać trzeba wyłącznie po podkładach, ułożonych od siebie w odległości około 40 cm i leżących na ażurowej konstrukcji wiaduktu. Deszcz powoduje jednak, że stają się one niezwykle śliskie, a każdy krok to ryzyko zsunięcia się nogi i w najgorszym razie wpadnięcia do rzeki. 

Decyduję się ruszyć na drugi koniec wiaduktu. Trzeba czasem podjąć ryzyko. Nie po to jechaliśmy niespełna dwie godziny, żeby w rezultacie poddać się kilkadziesiąt metrów przed celem! Jeśli mi się nie uda, zaliczę mało przyjemną o tej porze roku kąpiel w rzece. W tej przechadzce Ojciec może mnie asekurować jedynie wzrokiem. Reszta zależy już wyłącznie ode mnie. Stąpam powoli, precyzyjnie i nad wyraz ostrożnie. Staram się skupić tylko na podkładach, a nie na rzece przepływającą w dole. Z czasem wpadam w rytm i mogę odrobinę przyspieszyć swój „spacer”. Jestem już w połowie drogi i wiem, że powinno się udać. Robię jeszcze kilka kroków i stoję na drugim przyczółku wiaduktu. Odwracam się do mojego kompana, który został na starcie mojej wędrówki i w geście zwycięstwa unoszę ręce. On i ja, możemy odetchnąć już z ulgą, udało się ! 

Wędrówka na drugą stronę wiaruktu. Jerzmanice 2018 r.

Nadszedł czas na oględziny ciekawostki dla której tu przyjechaliśmy. Jestem od niej kilka metrów. Faktycznie, tory wiszą nad ziemią około półtora do dwóch metrów. Tworzą coś w rodzaju kładki lub raczej ażurowego pomostu zbudowanego z szyn i skręconych z nimi podkładów. Wydają się być wciąż całkiem trwałą konstrukcją. Nie chcę mimo to ryzykować przejścia po nich. Kto wie czy wytrzymają mój ciężar, a poza tym mogą być jednak mało stabilne. Na domiar złego deszcz pada jakby coraz mocniej. Dbając o to, żeby nie zamoczyć aparatu, robię im kilka zdjęć. Jeszcze chwila lub dwie gapienia się ten niecodzienny widok i zabieram się z powrotem. Mam nadzieję, że również bez przykrych niespodzianek. Ostatni rzut oka na tory, w tył zwrot i w drogę. Tym razem idzie mi zdecydowanie pewniej, zatrzymuję się nawet w połowie długości wiaduktu. Robię zdjęcie telefonem chcąc później pokazać ojcu z czym się mierzyłem i co widziałem. Wreszcie docieram do „lądu”. Opowiadam jak było i pokazuje zdjęcia sprzed kilkunastu chwil. Adrenalina powoli opada, zaczynam dostrzegać, że teraz na nami już regularna ulewa. Dbając o aparat i zapisane w nim zdjęcia, prawie biegnąc, wracamy do auta. Koniec. Jest sucho, ciepło, szyby pokrywają się parą, a my szczęśliwi, że kolejne ciekawe miejsce na naszej mapie zostało bezpiecznie i bez start zaliczone.

Poprzedni

Sztolnia w Wałbrzychu – krótka, łatwa i przyjemna

Następny

Wycieczka z historią w tle

2 Komentarze

  1. Piotrek

    Zazdroszczę Wam tych wędrówek. To też mój ulubiony region. Ale jest Twój blog, jakaś namiastka bycia tam samemu. Polecam pałac w Morawie, szczególnie jego włascicielki. Oryginalne hrabiny. Jakbyście potrzebowali towarzystwa to ja chętnie. Pozdrawiam, PU

    • Michał

      Dzięki Piotrek, że wpadłeś. Będę pamiętać o Twojej propozycji, a pałacem w Morawie zainteresuję się. Tegoroczna czerwcowa wyprawa ma już zamknięty grafik miejsc. Mamy TYLKO tydzień, ale co odwlecze to nie uciecze 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Copyright © Michał M. Janicki | Użycie zdjęć lub tekstów bez zgody autora zabronione | WordPress & Theme by Anders Norén

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
error: Zawartość chroniona!